Willa Łucja dla seniorów

Słychać rozmowy, śmiech i podśpiewywanie pensjonariuszy, tworzące klimat tego miejsca - opowiada psycholog pracujący w Willi Łucja.

Czym według Pana jest Willa Łucja?

W Willi Łucja dążymy do tego, by stworzyć atmosferę zbliżoną do domu, pensjonariusz musi czuć się u nas bezpiecznie. Bardzo ważny jest moment dołączenia do grupy. Zwykle okres adaptacji trwa dwa tygodnie, ale jest to sprawa   indywidualna. Starsi ludzie, szczególnie z demencją, nie kontrolują zachowań. Najważniejszy jest spokój, o który dbamy najbardziej. Tylko wtedy można osiągnąć sukces.

Decyzja o oddaniu kogoś bliskiego do ośrodka jest trudna dla obu stron, jak przekonać osoby niezdecydowane?

Pokazujemy im jak wygląda życie ośrodka, tak jak obserwuje go pan dziś: rozmawiających mieszkańców i ruch na korytarzach. Niech będzie słychać rozmowy, śmiech i podśpiewywanie pensjonariuszy, tworzące klimat tego miejsca.

Jak przekonać potencjalnego mieszkańca?

To zależy od osoby, która ma trafić do ośrodka. Jeżeli jest to człowiek z silną demencją to dobrze jest zacząć od pobytu dziennego i stopniowo go przyzwyczajać. Jak w życiu, pośpiech jest złym doradcą. Istnieje możliwość całodobowych odwiedzin, ale czasami zalecamy całkowity brak kontaktu z bliskimi. Indywidualnie sprawdzamy reakcje i próbujemy różnych wariantów, to przynosi najlepszy efekt.

Proszę powiedzieć, jak wygląda dzień w ośrodku?

Pensjonariusze wstają rano, myją się i szykują do śniadania. Po posiłku jest prasówka - przedstawiam informacje ze świata, później mamy tzw. spotkania z kawą. Każdego dnia staramy się urozmaicać zajęcia. Śpiewamy, gramy, mamy warsztaty plastyczne lub kulinarne, np. pieczenie ciast. Zdarzają się też wieczorki poetyckie. Jesteśmy w ośrodku rehabilitacyjnym, więc między tym wszystkim jest rehabilitacja grupowa.

Kto wchodzi w skład zespołu pracującego w ośrodku?

Zawsze jest pielęgniarka i dwóch opiekunów odpowiedzialnych za higienę pensjonariuszy, a także obsługa kuchni. Dodatkowo jestem ja, fizjoterapeuci i lekarze. Tak wygląda cały zespół, będący do dyspozycji mieszkańców.

Jaka jest Pana rola w Willi Łucja?

Pracuję jako psycholog, ale zajmuję się też prowadzeniem terapii zajęciowej, by umilić pensjonariuszom czas. Nasi podopieczni nazywają mnie kulturalno-oświatowym, niczym KO-wiec. Mam dużo pracy sctricte psychologicznej, w której najważniejsze jest indywidualne podejście.

Pracuje Pan od początku istnienia ośrodka. Czy przypomina Pan sobie jakieś ciekawe, być może śmieszne historie?

Każdego dnia mamy sytuacje, które są warte zapamiętania. Przedstawię kilka. Mamy w ośrodku małżeństwo, oboje w wieku 94 lat. Są ze sobą ponad 60 lat i tak samo, jak się kochają, tak się nie lubią. Pani Janina woła: “Zbyszku, przestań się tak zachowywać”, jednak, gdy ich rozdzielamy, druga osoba gaśnie. To pokazuje jak wielkie jest przywiązanie człowieka. Jest też np. pani, która nie miała w życiu szczęścia do mężczyzn, zatem jako mężczyzna byłem podejrzany. Mój zawód wymaga kontaktu z drugą osobą, ale tym razem zbliżenie trochę trwało. Najpierw był kontakt wzrokowy, potem pani zaczęła się ze zmną witać, aż pewnego razu po prostu zaczęliśmy rozmawiać. To był mój wielki sukces, wciąż ta praca daje mi sporo radości. Na pewno do ciekawych historii należy też wieczne podkradanie sobie butów. Zdarza się, że mniej świadome osoby zabierają kapcie, bo im się podobają. Pewnego razu pan Feliks powiedział do mnie: “ukradłeś moje buty, oddawaj!”. Dopiero później dotarło do niego, że to moje obuwie...

Co zdecydowało, że wybrał Pan pracę z ludźmi starszymi a nie np. z dziećmi?

Nie odpowiem panu na to pytanie wprost. Moja praca wybiega poza ośrodek. Pracuję zarówno z osobami starszymi, jak i dziećmi. Mój najmłodszy pacjent miał 3 miesiące, a najstarszy 102 lata. Nie patrzę na wiek, tylko patrzę, że jest to człowiek. To jest najważniejsze.